Historycy – nie obraźcie się, ta „zimna wojna” to metafora taka :)
Jak to dobrze, że nie obiecałam poprawy z częstotliwością pisania notek... Wyszłabym na kogoś, kto słowa nie dotrzymuje. Tak wyszło, cóż poradzę. Notka na blogu to ostatnia rzecz, o której myślałam podczas świąt, kiedy to zajechałam do domu pierwszy raz od ponad miesiąca. Przed wyjazdem też czasu nie było. Zaplanowałam sobie wtedy wykonanie wszystkich projektów (serwis www, bazy danych) i referatów, żeby tylko móc tak na prawdę wypocząć w domu.
Nie obyło się bez przygód, oczywiście. PKP tak bardzo dba o swoich podróżnych, że nie chce zostawić ich bez wspomnień. Jadąc do domu ‘dostaliśmy’ pociąg, w którego wagonach było niesamowicie gorąco, nie dało się wytrzymać. Chyba siedziałam na grzejniku, nie mogłam położyć ręki na oparciu, parzyło. Za to, chyba po to, żeby zachować równowagę, w korytarzu panowała istna zima. Nieszczelne drzwi sprawiły, że na podłodze leżały chyba 3 centymetry śniegu, było ślisko i ogólnie trochę niebezpiecznie.
Tak oto wyglądały drzwi, którymi miałam wysiąść na swoim przystanku.
Dziwiłam się tylko wiecznie uśmiechniętemu konduktorowi, który bez problemu rozmawiał z oburzonymi podróżnymi, kiedy zatrzymaliśmy się w szczerym polu i staliśmy tam ponad pół godziny i, żeby tego było mało, na 10 minut zgasło światło.
Pomijam opowieści o moim leżeniu do góry brzuchem podczas przerwy świątecznej. Ale z czystym sumieniem mogłam sobie na to pozwolić.
Zostając w temacie podróży, moja poświąteczna wyprawa do Krakowa też była niezapomniana. Cudem udało mi się znaleźć miejsce siedzące, moja wielka waliza stała w przejściu, co chwilę ktoś ją przesuwał. Niesamowite tłumy, człowiek na człowieku. Wagonów chyba mniej niż zwykle. Podróż, która była zaplanowana na niecałe 5 godzin trwała 8! Cóż... Jeżdżę pociągami często i tak na prawdę nie była to dla mnie żadna nowość, że znowu będzie opóźnienie. No, ale! Ośmiu godzin jeszcze nie jechałam. Ciekawe, co czeka mnie następnym razem...
Z nowości bardziej ciekawych... Wreszcie, wreszcie poszłam na łucznictwo! Radochy co nie miara, nie denerwuje mnie nawet utrudniony dojazd w obie strony. Pierwszy sukces mam już za sobą. Mało kto, na pierwszych zajęciach trafia 2 razy w dokładnie to samo miejsce, rozwalając przy tym strzałę, która była w tarczy wcześniej. Ot taka ciakawostka. Trafiłam strzałą w strzałę. Mina trenera była bezcenna :). Niestety, od ostatniego spotkania minęły już ponad 2 tygodnie, co już mnie nie cieszy. A to wszystko przez nagły wysyp zaliczeń, kolosów, które tak na prawdę nie były potrzebne.
Od jakiegoś tygodnia, 90% czasu pochłania mi bezlitosna, nieunikniona i w ogóle zła, sesja. Wiem, że jestem jedną z nielicznych osób mających teraz tylko 2 egzaminy, ale mimo wszystko pouczyć się trzeba. Plusssz Active jest mi teraz wiernym przyjacielem, pozdrawiam miłego aptekarza, który sprzedał mi ten specyfik :P. Poza tym, dobijająca jest myśl, że siedzę w pokoju sama, chwilami, czując świeże powietrze na zewnątrz, mam ochotę wyjść na spacer. Niestety, z wiadomych przyczyn nie ma nawet z kim iść. Cóż, poczekam. Może wytrzymam w tym odosobnieniu.
Już jakiś czas temu wprowadziłam sobie coś na kształt „systemu nagród”. Jeśli uda mi się zrobić coś ważnego, wymyślam sobie wynagrodzenie. Muszę przyznać, że to działa. Taka automotywacja. Jak tylko pozbędę się kuli u nogi, w postaci egzaminów, mam już gotowy plan nagrody, ale... Ale o tym następnym razem :) Nie chcę zapeszać, kto wie, plany mogą się zmienić w ostatniej chwili.
Co w głośnikach?
Bez linków, w głośnikach pełna dyskografia Comy. Jak tylko będą w Krakowie, mam zamiar wybrać się na koncert, będą chętni?
Tyle na dziś, miłego dnia, lekkiej sesji wszystkim studentom. Łączmy się w bólu!
PS. Raz jeszcze, wielkie dzięki tym, którzy pamiętali o moich urodzinach :)