Temat dość dziwny, muszę przyznać, ale póki co to dwa tematy o jakich w ogóle warto pisać. Poza tym, widać jak rwę się do pisania, chyba trzy tygodnie bez słowa. Różne rzeczy się działy, większość z nich zachowam dla siebie. Do tego dopiszmy brak weny i chęci, czas spędzany poza domem, i tak się to kręci. Wytłumaczenie żadne, cóż, do rzeczy!
Próba krwi, pierwsza poważna wizyta we wrocławskim centrum krwiodawstwa. Byłam tam już wiele razy, zawsze jako gość, obserwator. Raz już prawie ugięłam się pod namowami Emila (pozdrawiam!), niestety w ostatniej chwili zmieniłam zdanie. Zobaczyłam mdlejącą dziewczynę, którą wynosili do jakiegoś pokoju. Straszny widok, nie dałam się. Ostatnio (jakieś 2 tygodnie temu) jednak stwierdziłam, że czas coś z tym zrobić. Kolejna gościnna wizyta byłaby już niefajna, a ja chciałam przekonać się na własnej skórze jak to jest oddać krew. Poza tym chyba przyjemnie jest myśleć ze to nas nie kosztuje wiele a można komuś pomóc. Poszłam, pomyślnie przeszłam rejestrację, wypełniłam ankietę, oddałam 2 fiolki krwi do badań i czekałam aż ktoś wywoła moje nazwisko na wizytę u lekarza. Myślałam sobie, że bez problemu zaraz pójdę na piętro, gdzie oddam krew w większej ilości. Cóż, nie tym razem, na ostatnim etapie się wyłożyłam. Za dużo białych krwinek, tylko 0,5 ponad normę, ale to już dyskwalifikuje. Złośliwość, kiedy człowiek już chce coś zrobić, coś staje mu na drodze. Dostałam czekoladę za odwagę, taka mała nagroda. Zdenerwowałam się wtedy, ale już w przyszły poniedziałek podejście drugie. Może tym razem się uda. Relację zdam z mniejszym lub większym opóźnieniem, wiadomo. A jeśli już oddam krew, obiecałam sobie drugą nagrodę w postaci kolczyka w uchu. Więc jak mnie spotkacie i zauważycie ozdóbkę, znaczyć to będzie, że próba krwi zakończona powodzeniem. Trzymajcie kciuki!
Turniej rycerski... Świetna impreza, szczerze polecam tego typu eventy. Atmosfera bardzo przyjemna, stroje, broń, zbroje. Walki rycerzy, turniej łuczniczy. Stragany, gdzie można było znaleźć bardzo ciekawe rzeczy. Moją uwagę przykuła oczywiście broń, cudne miecze, sztylety (sama kupiłam sobie jeden), aż ślinka cieknie. Na szczególne zainteresowanie zasłużyło też stoisko z miodem pitnym. Pierwszy raz w życiu to piłam, muszę przyznać, smak ma genialny! Walki strasznie mi się podobały, zresztą nie tylko mi, tak nam to przypadło do gustu, że byliśmy tam najgłośniejszą grupą. Na uznanie zasługują bracia rycerze, Krzysiek i Robert, którym kibicowaliśmy najgłośniej. Wieczorem pokaz tancerzy ognia. Podobno przedstawiali jakąś historię, szczerze mówiąc nie dotarłam na czas, może czegoś nie wyłapałam, nie widziałam tam żadnej historii. Na koniec, już jako deser, pokaz ataku na Trzebnicę. Świetne walki i, co najlepsze: armaty! Niesamowity huk i fala uderzeniowa, którą czułam na twarzy przy każdym strzale. Chciałoby się zostać dłużej, czas jednak gonił. I tak na przyszłość: może to zabrzmi egoistycznie, ale ja na prawdę nie mam takich złych pomysłów, a jeśli trąbię o jakimś wydarzeniu od co najmniej miesiąca, coś w tym musi być. Dlatego nie przyjmę do wiadomości informacji, że ‘chyba mnie jutro nie będzie’, potem mogłabym słuchać, że żal, bo mnie nie było. Osobiście jestem zachwycona, mam nadzieję, że nie był to pierwszy i ostatni turniej.
Tak krótko o ostatnich wydarzeniach. Bawię się, ile mogę i póki mogę. Za miesiąc znowu wszystko się zmieni. Nie wyprzedzam faktów, jeszcze nie chcę myśleć o wyjeździe z domu.
Póki co, miłej nocki, studentom dobrego wykorzystania ostatniego miesiąca lenistwa, tym młodszym dobrego startu w szkole już niedługo.