Sunday, August 15, 2010

Garstka nowości


Tak, żyję i mam się dobrze. Tylko na siedzenie i pisanie kolejnych notek coś nie mam natchnienia. A natchnienie być musi, nawet jak piszę o ‘bułkach z serem’.


Wakacje praktycznie już się kończą, przynajmniej w moim przypadku. Wszystkiego, co sobie zaplanowałam niestety nie dałam rady zrobić. To chyba dlatego, że na listę wakacyjną wpisałam tyle rzeczy, ile normalnie robiłabym przez rok. W każdym razie, dumna jestem z tego, co udało mi się zrobić, lista wakacyjna zostanie listą… niewakacyjną i dalej wykreślać z niej będę kolejne rzeczy.


Ale generalnie niewiele się działo od ostatniego wpisu…

Wypoczęłam, wiele rzeczy w domu porobiłam, specjalnie nie wyjeżdżałam nigdzie. Udało mi się jednak załatwić sobie kilkudniowy wypad do Krakowa. Tu pozdrowienia i wielkie podziękowania dla Skały i anb’a za przenocowanie mnie. Gdyby nie Wy: a) spałabym pod mostem, b)nie przyjechałabym w ogóle, co zupełnie mi się nie uśmiechało. Wypad wspominam bardzo dobrze z kilku powodów i naprawdę cieszę się ogromnie, że plany wypaliły.


Powrót do domu nastąpił szybko i tylko miałam nadzieję, że czas popłynie szybciej i już niedługo znowu będę mogła ruszyć się z domu.

I stało się tak jak chciałam. Czas popłynął szybko i już niedługo pojawiła się kolejna okazja do wyjazdu. Pielgrzymka. XIX dominikańska pielgrzymka na Jasną Górę. Tu to dopiero mogłabym pisać! Pierwszy raz się wybrałam i nie żałuję. Tygodniowa wędrówka, masa rzeczy, które się działy przez cały ten okres, wszystko o czym sobie wtedy myślałam… Wszystko było nowe, nieodkryte i tylko czekało na poznanie. Niesamowite przeżycie! Coś zupełnie innego. Jestem tak zadowolona, że tam byłam i jeszcze bardziej zadowolona, że udało mi się dotrzeć do Częstochowy w jednym kawałku. Nie ukrywam, pielgrzymka była jednym z wielu elementów, z pomocą których wprowadzam zmiany.


Spora droga jeszcze mnie czeka, ale kolejny etap mam za sobą. Uczucie nie do opisania, podjąć decyzję, robić kolejne kroki i zakończyć wszystko pełnym sukcesem. Nie było jednak łatwo, musiałam włożyć w to trochę pracy, fizycznej i psychicznej. Tu dziękuję za podtrzymanie na duchu, kiedy było mi to najbardziej potrzebne. Mam sporo zdjęć, dużo do opowiedzenia i bogatsza jestem o nowe doświadczenia. Ogólnie mówiąc – jestem zachwycona i jeśli tylko będę mogła za rok wybiorę się znowu. Jeśli kogoś interesować będą jakieś szczegóły, czy zastanawiać będzie co sobie przez ten czas myślałam i do jakich konkluzji doszłam – od jutra spisuję wersję elektroniczną takiego własnego dziennika pielgrzyma. Jeśli uznam, że warto, kopię do przeczytania będę mogła wysłać.


Ach! I osobne pozdrowienia dla Spyro, za pojawienie się z ofertą mieszkaniową. Idealny czas i miejsce! Wielkie dzięki!


I to generalnie tyle. Takie najważniejsze rzeczy, jak widać. Myślę, że każdy, kto przeczytał chociaż jedną moją notkę wie, że piszę tu ogólnikowo i wszystkiego opowiedzieć nie mam zamiaru. Jeśli już – szczegóły to już tak bardziej prywatnie ;)


Pozdrawiam wszystkich, miłego wylegiwania się, udanych wyjazdów i tak dalej. Kolejny wpis prawdopodobnie wrzucę siedząc już w Krakowie. Czyli stosunkowo niedługo ;)


(ps. logo specjalnie takie, pasowało mi do pielgrzymkowego wylewu informacji)

Tuesday, July 13, 2010

Wakacyjnie…

No… Powoli mija drugi tydzień odkąd wróciłam z Krakowa. Wyprowadzka przebiegła szybko, ale nie powiem, że mi się podobało. To ciekawe. Miesiąc przed końcem roku akademickiego cieszyłam się, że wreszcie ucieknę z tego mieszkania, że nie będę budzona myciem naczyń o czwartej nad ranem, że nie będę słyszeć trzaskania drzwiami (szczególnie w momentach kiedy chciałam posiedzieć w ciszy), dziwnych rozmów w kuchni, że nie będę widzieć tych wszystkich sztucznych uśmiechów i udawanego miłego usposobienia naszych współlokatorek. I w dniu wyjazdu, kiedy z pokoju znikały kolejne pudła, torby, plecaki, pojawiał się pewnego rodzaju smutek. Bo mimo tego, co niekoniecznie mi się podobało, mieszkało się tam dobrze. To też swego rodzaju nowe doświadczenie dla mnie.


Nie wiedziałam, że tak się przywiążę do tego miejsca, do tego odludzia, końca świata, zadupia, z którego mogłam wydostać się tylko jednym autobusem. Gdzie był praktycznie jeden market, w którym można było kupić najdroższe chrupki kukurydziane na świecie i przedrogą wodę mineralną. I przyznam szczerze, że troszkę obawiam się nowego miejsca, w którym przyjdzie mi mieszkać w przyszłym roku. Fajnie byłoby zamieszkać gdzieś, gdzie już kiedyś się było, gdzie zna się rozkład pomieszczeń, gdzie nic nie jest takie obce. Nie można mieć wszystkiego, przede mną kolejna próba przystosowania się do nowego otoczenia. Pozdrowienia dla Kasi, z którą mieszkałam przez ten rok! Mam nadzieję, bardzo szczerą, że po wakacjach znowu uda nam się razem pomieszkać. To był dobry czas. :)


Podróż do domu zajęła nam jakieś 5 godzin. 5 godzin liczenia zepsutych samochodów, które odmówiły posłuszeństwa (było strasznie gorąco) i leżących wszędzie popękanych, stopionych (?) opon. To i tak nieźle… Ostatnim razem jadąc bodajże do Krakowa, można było liczyć… ekhem, panie lekkich obyczajów stojących na poboczach.


Miło było zobaczyć swoje miasto po tak długim czasie (nie byłam w domu od Wielkanocy). Tyle zmian! Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam, zwiedzam okolice na nowo. Wszędzie coś budują, odnawiają. Za jakiś czas (mam nadzieję, że strasznie długo czekać nie będziemy musieli) skończą nam budować basen, przy którym (oby) stanie hotel, trwa renowacja zabytkowych budynków. Trzebnica pięknieje. J Osobiście jestem zachwycona!


O ile spakowanie się zajęło mi stosunkowo niewiele czasu, tak rozpakowanie się po powrocie do domu było nie lada wyczynem. Wydawało się, że mam tyle rzeczy a tak mało miejsca, żeby to wszystko upchnąć. Po niecałych dwóch dniach wszystko znalazło swoje miejsce, pudła z pokoju zniknęły. Czas zacząć wakacje.


No właśnie, wakacje. I co dalej?

Odpoczynek, masa odpoczynku, słodkie nicnierobienie. Różnego rodzaju obowiązki domowe, które często spadają na nas jeden po drugim. Czasem jakiś wyjazd. Ogólnie cała masa rzeczy jakie można, chciałoby się zrobić, a na które naszym zdaniem nie mieliśmy czasu podczas roku szkolnego/akademickiego. Pytanie tylko, czy aby na pewno. Czy może tak sobie wmawiamy, że nie mamy kiedy zająć się tym, co nas interesuje. Oczywiście, sama też tak sobie wmawiałam. Do czasu. Wakacje są właśnie takim okresem, kiedy tym wszystkim pobawić się możemy! Wakacyjny plan/postanowienia to dobre wyjście, tak myślę. Nie ogranicza nas prawie nic, wystarczą tylko dobre chęci i zebranie się w sobie. Podjęcie paru decyzji, tak na dobry początek. Ja swoje już mam… Plany, postanowienia, podjęte decyzje. Warto, chociażby dla satysfakcji, że wykorzystałam ten wolny czas na rzeczy dla mnie ważne, pożyteczne. Że ten czas nie jest stracony. Do tego właśnie dążę. I widać pierwsze sukcesy. Znajduję czas na czekające na mnie od miesięcy książki, na filmy, na muzykę, na porządkowanie wielu rzeczy, a przede wszystkim na porządkowanie życia.


Wracając do tematu podejmowanego przeze mnie już wielokrotnie we wcześniejszych wpisach, konkretnie do zmian jakie u siebie wprowadzam; muszę powiedzieć, że są. Co chwilę dochodzą nowe, jakże przemyślane, zaplanowane. Ostatnimi czasy, sukcesywnie pozbywałam się swoich ‘demonów przeszłości’, jeden po drugim. Ze wszystkimi na raz na pewno bym sobie nie poradziła. A i z każdym pojedynczo nie było łatwo. Chociaż, z pomocą jaką otrzymałam nie mogło się nie udać. I za to jestem wdzięczna. Pozbyłam się większości takich niechcianych rzeczy, które ograniczały mnie niesamowicie. Z pozostałościami dam sobie radę. A teraz i tak odczuwam wielką ulgę i… taką… wolność. Sama sobie powiem: oby tak dalej!


I oby zapału nie brakło, oby wszystko układało się tak dobrze jak do tej pory, obym nie musiała przestawać się cieszyć z tego wszystkiego.


Wszystkim życzę, żeby te wakacje były wykorzystane jak najlepiej, żeby nikt nie żałował zmarnowanego czasu. Żeby za tę parę miesięcy spotkać się w pełni sił, żeby można było stawić czoła temu wszystkiemu, co znowu będzie nas ograniczało.


Jest dobrze! Oby tak dalej!

Wednesday, May 26, 2010

Przypadki chodzą po ludziach(?)

Zanim zacznę swoje filozoficzne wywody… Może najpierw parę zdań o tzw. 'bułkach z serem’.


Kończy się maj, skończyła się (mam nadzieję) pora deszczowa i jakoś to ‘Wielkie Miasto’ zaczyna wyglądać (pomijam sprawę pozostałości po powodzi, media trąbią o tym z każdej strony i chyba jesteśmy dobrze poinformowani). Aż chciałoby się wyjść, zrobić ‘listę rzeczy, które chętnie zrobiłabym tu jeszcze przed wakacjami’ i powoli wykreślać z niej kolejne punkty. Gdyby tylko nie pewne ograniczenia. Wiadomo – sesja. Pewnie znowu zaskoczy studentów. Coś by jednak wypadało w tym kierunku zrobić. I pewnie, zrobi się… Ale i jedno i drugie! Jestem jedną z tych osób, które nie wysiedzą specjalnie długo przy biurku nad książkami. Nawet jeśli egzaminy urosły do rangi epickich, nie zrezygnuję z chwili oddechu, miłego spotkania, itd. Tak po za tym nic się nie zmieniło. Tzn, zmieniło, zmienia cały czas. Generalnie, jest świetnie. Pisałam jakiś czas temu, że ‘Mały Człowiek’ się uśmiecha. Teraz nie może przestać się szczerzyć. :)


Co do samego filozofowania… Dzisiaj wymyśliłam sobie… Przypadki. Coś, na co tak naprawdę nie mamy wpływu. Takie miłe i takie niekoniecznie. Takie mało znaczące i takie, które mogą wywrócić nasze dotychczasowe życie do góry nogami. Generalnie, sprawa dość dyskusyjna, ile osób tyle myśli. A jak to wygląda u mnie?


Ano tak, że jeszcze do niedawna byłam pewna, że te wszystkie sytuacje, które mi się przytrafiają to pewnego rodzaju przypadki. Przypadkiem coś znalazłam, przypadkiem kogoś poznałam, itp. Ale jakby ktoś spytał mnie dzisiaj, odpowiedź nie wyglądałaby już tak samo. W przypadek można by wierzyć, kiedy coś przytrafi się raz. Co, kiedy ta sama sytuacja ma miejsce kilka razy, do tego, w nie tak znowu dużych odstępach czasu? (podkreślam, że to tylko moja koncepcja!) Przypadek wtedy zanika, rodzi się coś innego. A co się rodzi? Nazwijcie to jak chcecie.


Co, jeśli chodzi o ludzi, jakich poznajemy? Też przypadek? Niekoniecznie. Spotykamy różnych ludzi. (uwaga, wchodzę w wyższy stan filozofowania!) I takich, którzy zostawiają po sobie pewnego rodzaju niesmak, raczej gorzki i palący; i takich ‘neutralnych’, którzy ani nie szkodzą ani nie pomagają. No i oczywiście takich, którzy skutecznie osłodzą codzienność (mniej lub bardziej; albo takich, jak herbata z cukrem, albo takich, jak mleczko w tubce). I można wierzyć, że to wszystko to nic innego jak przypadek. Nie dla mnie. Ci wszyscy ludzie pojawili się na mojej drodze ‘po coś’. Od każdego czegoś się uczę. Czego konkretnie? Od tych ‘gorzkich’ – zimnej oceny sytuacji i umiejętności walki z czymś, co mi nie odpowiada. Od ‘neutralnych’ – otwarcia i chęci poznania (bo ci ‘neutralni’ po czasie się zmieniają, trzeba ich tylko bardziej poznać). A od tych ‘słodkich’, specjalnych – zmian na lepsze. Ważne jest chyba, żeby ‘mieć’ ludzi z każdej kategorii, bo każdy zostawia po sobie coś, co potem przekształcę w swoje doświadczenie.


Konkluzja? NIC nie dzieje się przypadkiem. Przestałam w to wierzyć. Na wszystkich/wszystko patrzę teraz inaczej. Trochę jak na ‘znaki’, nad którymi trzeba myśleć i starać się je rozszyfrować. Nie bez powodu poznałam każdego z Was (tych czytających i tych niekoniecznie). I wszyscy zostawiliście (lub cały czas zostawiacie) u mnie to coś, o czym pisałam wcześniej. Lepsze lub gorsze, nie oszukujmy się, nie zawsze może być pięknie. Ale za każde jestem wdzięczna. Staram się wykorzystywać te wszystkie ‘NIE-przypadki’.


No! I tyle filozoficznych wywodów na dziś. Rozbolała głowa? Szczerze mówiąc, wcale by mnie to nie zdziwiło ;)

Pozdrawiam ‘gorzkich, neutralnych i słodkich’

I bądźmy pozytywnej myśli! Nie załamywać się! Bo ‘najgorzej jest się załamać’. ;)